aktualności

 

twórczość

bibliografia

sztuki

proza

scenariusze

artykuły

rozmowy

nagrania

 

biografia

 

o...

 

księgarnia

 

in English

 

 

Rozmowy

Wyrwało mnie z bloku | Bicz Boży


 

Wyrwało mnie z bloku

 

 
Co straciłem, a co zyskałem, wyjeżdżając w 1981? Myślałem: Boże, gdybym tu został, napisałbym wspaniałą książkę o stanie wojennym!

 
Tadeusz Sobolewski: Podobno pisze Pan nową książkę. Inną niż dotąd. Autobiograficzną. Prawdziwą.

Janusz Głowacki: O ile książki biograficzne mogą być prawdziwe.

Czego tam będzie więcej: nostalgii, zemsty?

- Wszystko razem wymieszane. Miłość, nienawiść, zemsta i oczywiście zawiść. Nie można pisać o Polsce, pomijając zawiść. Ja w Polsce wszystkim zazdrościłem - prostytutkom, że sobie nie żałują, dziewicom, że mają coś do stracenia. W Ameryce jest mało zawiści, bo to duży kraj. Jeżeli jakiś Polak ma tam sukces, to dla mnie tylko lepiej.

U nas sukces nie jest dobrze widziany.

- Polacy lubią tych, co przegrywają. Niezrozumianych. Tragicznych. Znam autorów, którzy są dumni, że ich sztuki nie idą w świecie. To, że na przykład ja zyskuję jakie takie uznanie, uważają za dowód upadku kultury światowej. Może to dobre na Amerykę - mówią - ale nie dla nas. Tymczasem, jak wiadomo, Ameryka lubi zwycięzców. Jak powiedziała mi stara Murzynka w Central Parku: mam nadzieję, że jesteś bogaty, bo jak jesteś biedny, to pójdziesz prosto do piekła, a jeżeli jesteś bogaty, może uda ci się coś załatwić.

Więc o czym będzie Pana nowa książka?

- Staram się zrobić to, czego przez cały czas starannie unikałem: zastanowić się nad sensem własnego życia.

Pisarz tak jest zajęty pisaniem, że nie ma czasu zastanowić się nad sobą?

- Odkąd wyrwało mnie znad Wisły, nie zdążyłem się zastanowić, czy słusznie zrobiłem. Myślałem sobie: Boże, gdybym ja tu został, napisałbym wspaniałą książkę o stanie wojennym! Może coś straciłem, może coś zyskałem, ale wolałem nie podliczać. Nawet nie wiem, czy to ja podjąłem decyzję wyjazdu, czy ona za mnie została podjęta?

To znaczy?

- W grudniu 1981 wyjechałem na premierę "Kopciucha" do Londynu. Nie bardzo wierzyłem w tę sztukę, myślałem, że nie umiem pisać dla teatru. Tymczasem sukces. Świetny teatr Royal Court Company. Świetny reżyser John Madden, ten od "Zakochanego Szekspira". 13 grudnia był stan wojenny, 16 moja premiera. Autor z Polski, więc tłum przed teatrem, telewizje, wywiady. Jaruzelski na mnie mocno wtedy pracował.

Dostałem ze Stanów propozycję wykładów o teatrze. Pomyślałem: wyrwało mnie z bloku, nie ma sensu chyba wracać, jadę, zobaczymy. No i teraz może już czas nad tym wszystkim się zastanowić.

Przypomniał mi się bardzo dobry film Janusza Morgensterna z początku lat 70. "Trzeba zabić tę miłość" według Pańskiego scenariusza. Tam też był cieć o ponurej twarzy Himilsbacha. Pilnował magazynu pośrodku blokowiska, a w finale podkładał pod niego bombę. W tym blokowisku rozgrywała się historia młodzieńczej miłości, zakończona zdradą. Świat wyprany z wartości, peerelowskie życie pozorów pokazane z perspektywy apokaliptycznej. Nawet Prymas przewijał się tam w tle, tylko o ile pamiętam, cenzura go wycięła. Pomyślałem sobie o tym małym filmie zakończonym wielkim wybuchem teraz, kiedy czytam nowojorskiego "Ostatniego ciecia". Idzie za Panem tamten peerelowski absurd i rozszerza się na cały świat.

- Świat idiocieje na naszych oczach, coraz mniej w nim nadziei na jakieś sensowne wyjście, więc mój śmiech jest podszyty strachem i smutkiem. W Polsce podczas mojego pobytu wyszły na powierzchnię monstra. Trafiłem na wielki Lepper Show. Powiedziałem Markowi Piwowskiemu, że mógłby już teraz nakręcić "Rejs 2" - ale z politykami. Wrzodak jest śmieszniejszy od Himilsbacha, a Macierewicz ma w twarzy łagodność ben Ladena.

Więc tutaj mamy Leppera, a tam?

- Światowe schamienie przybiera różne formy. Przede wszystkim jest to zgłupienie medialne, nieustający show aberracji, żerowania na najniższych instynktach. Wiadomości, które powinny być na ostatniej stronie gazet, przechodzą na pierwszą. Nie zapomnę tego spektaklu, jakim było publiczne upokarzanie Clintona - jednego z najlepszych amerykańskich prezydentów. Twarz potwornie cierpiącego, zaszczuwanego człowieka pokazywano w telewizji w takim zbliżeniu, w jakim kiedyś oglądało się twarz Oliviera przeżywającego rozterki Hamleta. W rewolwerówce "New York Post" opublikowano wtedy listę najpotworniejszych postaci w historii świata. Na pierwszym miejscu był Hitler, na drugim Clinton, na trzecim Stalin. Hillary Clinton była szósta, gdzieś pomiędzy nimi pętał się doktor Mengele, Kuba Rozpruwacz był dwudziesty. Przed sprawą Moniki Lewinsky Ameryka ekscytowała się procesem O. J. Simpsona, czarnego aktora, sportowca, baseballisty, który pociął na kawałki żonę oraz jej kochanka i został uniewinniony przez czarną ławę przysięgłych, a następnie skazany przez białą ławę przysięgłych.

Żeby tę rzeczywistość opisać, trzeba pokonać barierę poprawności, tak jak kiedyś trzeba było omijać cenzurę. Panu w to graj.

- Jesteśmy przyduszeni poprawnościami, ale ta bariera znika, kiedy się wsiada do nowojorskiego metra. Tam wszystko widać. Zwracając komuś uprzejmie uwagę, żeby się posunął, można usłyszeć: shut up you fucking white bitch! Mam znajomego, wiceprezesa ważnej firmy, czarnego. Do jego biura wchodzi się przez szeregi sekretarek. Wychodzimy razem z tego biura, gdzie on jest panem i władcą, chcemy złapać taksówkę, a on mówi do mnie: Janusz, lepiej złap ty! Bo niekoniecznie, jak czarny macha, to zaraz taksówka stanie.

Kolebka demokracji jest krajem podzielonym, rozwarstwionym na wszelkie sposoby. Znam wykształconych ludzi, którzy po minucie rozmowy rozpoznają po akcencie, kto do jakiej klasy należy, skąd pochodzi.

Kariera ciecia z Pańskiej książki zaczyna się od tego, że wygrywa na loterii prototyp obcisłych majtek z królewskiej bawełny "ofiarowanych mężczyznom na całym świecie niezależnie od religii, koloru skóry i przekonań politycznych".

- Zidiocenie na punkcie dizajnerstwa jakoś szczególnie mnie dotyka. Tu, w Polsce, jeszcze się tego nie czuje, ale tam, zdaje się, całkiem poważnie potraktowano powiedzenie Salvadora Dali, że największym artystą XX wieku jest Yves Saint-Laurent. Bodaj Kelvin Klein dał światu cywilizacyjny message, mówiąc, że jego majtki "na zawsze wyzwoliły męskie pośladki z anonimowości". Zapominamy, że to są po prostu krawcy. Kiedyś chodziłem do pana Kazia na Pragę szyć spodnie, takie modne, obcisłe. Nasze rozmowy były takie, że ja mu mówiłem: robię przyjęcie na cztery osoby, czy dwa litry wystarczą? On mnie pytał: panie Januszu, w której nogaweczce pan szabelkę nosi? A teraz pana Armaniego pytają o przyszłość świata.

W Polsce jest taki kanał TV, gdzie odbywa się nieustający pokaz mody. Kiedy wieczorem szukam wiadomości, czy wyrzucili już Leppera i czy Kandahar zdobyty, wciąż trafiam na te panienki i facetów maszerujących tam i z powrotem. Ten upiorny show przypomina mi nowojorskie health-cluby, które mijam, kiedy wracam wieczorem do domu. W oświetlonych, szerokich oknach całe rzędy ludzi dla zdrowia chodzą w miejscu, po ruchomych taśmach jak chomiki w sklepach zoologicznych.

W tym sztucznym, soapoperowym świecie problemem, stworzonym oczywiście przez public relations, staje się to, czy Michael Jackson naprawdę kochał się w córce Presleya, czy może jednak w ośmioletnim chłopcu? Tragedią na miarę stulecia jest śmierć księżnej Diany - przeczytałem, że Anglicy zareagowali na 11 września "prawie tak mocno" jak na jej śmierć.

To, co Pan mówi, brzmi w sumie strasznie antyamerykańsko.

- Ale skąd! Ja nie mówię o Ameryce, tylko o świecie. I nie o rzeczywistości, ale raczej o tym, co widać w mediach. Media są monstrum Frankensteina stworzonym przez cywilizację, które następnie obróciły się przeciwko niej, napędzając jej śmiertelnych wrogów. Rozmawiałem niedawno z pisarzem egipskim. Mówił mi: Arabowie, którzy znają Amerykę z CNN, nie wierzą, że w tym kraju są kościoły, że istnieje tam jakaś religia, że przestrzega się jakichś zasad. Owszem, dowiadują się, co wyrabiała Monika L. z prezydentem, kogo pokrojono na kawałki, oglądają te niekończące się pokazy mody i biorą to wszystko na serio.

Jak Pan reagował na komentarze po 11 września?

- Do szału doprowadzały mnie zdania, że Ameryka jest sama sobie winna. Mnie raczej, jeśli chodzi o klimat, odpowiada temperatura paszkwilu Oriany Fallaci niż wywody Susan Sontag. Zupełnie nie widzę powodu, dla którego Stany Zjednoczone miałyby utrzymywać świat arabski, w którym są kraje tak bogate jak Kuwejt czy Arabia Saudyjska. Pan ben Laden też mógłby jakąś fundację dla popierania demokracji założyć, zamiast wysadzać Manhattan.

To wygląda tak: Ameryka nie może wystarczyć sama sobie. Będąc demokratyczna z natury, musi światu coś dać, a świat nie chce tego od niej wziąć.

- Antyamerykanizm świata jest obłudny. Wszyscy powtarzają, jak straszny jest upadek kultury amerykańskiej, a następnie starają się ją dogonić - w krajach arabskich Hollywood ogląda się na okrągło. Po 11 września myślałem, że zaniknie antyamerykanizm Zachodu, ale gdzie tam. Myślałem też, że Europa będzie bardziej współczuć. Ma przecież tyle do zawdzięczenia Ameryce. Ale chyba tego właśnie nie może jej wybaczyć. I czarno widzę, co by się stało, gdyby Ameryka wycofała się z Europy. Stary kontynent coraz bardziej wydaje mi się skansenem. Zidiocenie jest tu wcale nie mniejsze. Tylko w Ameryce, poza konsumpcją, ciągle jeszcze jest jakaś energia, wizja.

Odczuł Pan w tym momencie swoją amerykańskość?

- Bardzo. Do tego stopnia, że przerwałem pisanie książki, w której najważniejszym wydarzeniem miał być stan wojenny. Bo obok mnie nastąpiło coś z greckiej tragedii.

Zostawiliśmy gdzieś polskiego ciecia. Ten człowieczek od dawna jest Pańskim bohaterem. Pamiętam go z powieści "Moc truchleje". On nie jest taki zły, tylko świat wokół niego staje się coraz gorszy, trudniejszy, a zagrożenia większe niż wtedy w Stoczni, z komuchami. Skąd on się wziął?

- Może trochę z gogolowskiej tradycji? Kiedyś w Polsce jechałem zapchanym autobusem, który nie chciał odjechać z przystanku, ponieważ przednim wejściem wpychał się taki facecik w berecie. Kierowca krzyczał: nie ruszę, póki pan nie wysiądzie! A on się pchał. Wtedy ze środka autobusu rozległ się okrzyk jakiejś babuszki: Berecik! Zrzućta mu, ludzie, berecik! Ktoś zdjął mu ten beret i wyrzucił, a on się wtedy cofnął i wysiadł.

Takich roboli w berecikach rysowali kiedyś Krauze, Mleczko. U Mrożka w takich berecikach chodzili.

- Ja mam dla berecika trochę współczucia, choć może byłoby przykro, gdyby tylko tacy ludzie przetrwali. W opowiadaniu "Moc truchleje" pokazywałem człowieka tak zagubionego, że przestaje odróżniać dobro od zła. Potem odnalazłem te "bereciki" na nowojorskim Greenpoincie - stamtąd jest mój Kuba, ostatni cieć. Ja się Greenpointem bardziej wzruszam, niż przerażam. Bo jest to kupa ludzkich rozczarowań, smutku i wiary, że pieniądze leżą na ulicy, a przy tym - piekielnie ciężka praca. Każdy naród ma w Nowym Jorku swoją specjalność. Koreańczycy mają warzywa. Arabowie - stacje benzynowe i gazety. Polacy - to renowacja mieszkań i sprzątanie u bogatych Żydów. Polską specjalnością jest także praca przy azbeście. Przed atakiem na WTC był wielki wybuch azbestu w Astor Place, eleganckiej części Manhattanu. Pokazywano w TV, jak wkracza ekipa Polaków w tych kosmicznych strojach. Później się okazało, że w mieszkaniach, które oczyszczali, wyskoczyły ogromne rachunki telefoniczne za rozmowy z Polską. Wyobraziłem sobie, jak wchodzili, rzucali w cholerę te maski ochronne, na zasadzie "pijącego rak nie bierze" i dorywali się do telefonu: Zośka? Jestem! Pomyślałem o nich, kiedy po 11 września, w strasznym upale, szedłem w stronę zionącej azbestem dziury po WTC, w masce, którą zdejmowałem co chwila, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.

Rozmawiał Tadeusz Sobolewski

 


Wyrwało mnie z bloku | Bicz Boży

 

© 2002-2005 Janusz Głowacki All rights reserved. 

Webhosting & design: InternetPL.US