aktualności

 

twórczość

 

biografia

 

o...

recenzje

wypowiedzi

varia

 

księgarnia

 

in English

 

  

Wypowiedzi

 
Za trzy najważniejsze polskie sztuki ostatnich lat uważam - Emigrantów Mrożka, Do piachu Różewicza i Antygonę z Tompkins Square Park Głowackiego.
Kropka.

Jan Kott - Dialog nr 10/1992

 

Głowacki należy do pisarzy, którzy mają bardziej wyczulony zmysł słuchu niż wzroku. Jego stopniowe ewoluowanie od epiki do dramatu jest więc chyba procesem naturalnym. Zresztą wiele jego opowiadań ma formę monologu. I rzecz ciekawa - u pisarza wychowanego w dużym mieście - Głowacki przemawia najsilniej wtedy, gdy oddaje głos nie mieszkańcowi miasta, lecz człowiekowi z rodowodem wiejskim, jak w „Skrzeku” czy w powieści „Moc truchleje”. W obu tych utworach autor posługuje się maksymalnie dostępną mieszaniną stylów mowy, ale sięga też - co ważne - do jej źródeł, do tego, co gwara przechowała z polszczyzny klasycznej. Trudno powiedzieć co Głowacki podsłuchał, a co wymyślił w warstwie językowej. I nie jest to takie ważne , bo nawet w neologizmach instynkt go nie myli.

Renata Gorczyńska - Kultura nr 10/1987

 

Głowacki jako pisarz podsłuchiwał i kalkował zideologizowany, zmanipulowany język czasów gierkowszczyzny, ale równocześnie go stwarzał, wymyślał. Wszak już wcześniej także w swych felietonach - przedstawiał język „ideolo” jako narzędzie samoogłupienia, przedrzeźniał go i sprowadzał do absurdu. To sprawiło, że stał się jednym z tych pisarzy, którzy „odideologizowali” naszą literaturę, odbierając jej tradycyjny „wymiar wyznawczy” ( Bez wiary w imponderabilia się nie obejdzie...). Moc truchleje to nie historia - jak się mówi - narastania buntu i zerwania tamy, opowiedziana przez półgłówka. Głowacki wyszedł tu poza „dyspozycję wyśmiewacką”, która kiedyś dozwalała mu naśmiewać się z bohaterów nieświadomych rzeczy, różnych socjalistycznych Piszczyków. Tutaj - jak w Raporcie Piłata - autor umiał połączyć pierwiastek śmieszny z tragicznym, groteskowy z wzniosłym. Bo prawda, jak powiada, bez ironii jest niemożliwa. Groteskowy człowiek - przedmiot otrzymuje w tej opowieści szansę upodmiotowienia. Stwarza mu ją nagle odzyskana więź z innymi ludźmi. Ofiara, marionetka, kukiełka, będąca jednocześnie przedmiotem i referentem wydarzeń, odzyskuje człowieczeństwo. Nam zaś pozostaje oczyszczający śmiech z widoku władzy naprawdę struchlałej i „Solidarności” odheroizowanej. Głowacki w „Truchlejącej mocy” krzepi serca i rozdrapuje rany, drwi ale z podziwem, uwzniośla i rewiduje, demaskuje i apoteozuje, szydzi i wielbi. Czytany dziś przypomina, że był rok 1980 naprawdę pełen pustego i wyzwalającego śmiechu, a potem wielkich zagrożeń i wielkich nadziei.

Krzysztof Mętrak - Literatura nr 11/12 1989r.

 

Głowacki potrafi, korzystając z budulca codzienności wykreować sceny o wieloznaczności rodem z Gogola, pokazać bez patosu, koturnów czy krokodylich łez rozpacz egzystencji. Jest ironistą, ale nie ma w nim szyderstwa. Mówi się o nim, że jest cynikiem, ale uważny czytelnik dostrzeże, iż swoich bohaterów kocha bezgranicznie, w pełnym wymiarze ich nędzy i szpetoty.

Henryk Dasko - Życie Warszawy nr 221/ 1996r.

 

© 2002-2005 Janusz Głowacki All rights reserved. 

Webhosting & design: InternetPL.US