aktualności

 

twórczość

 

biografia

 

o...

recenzje

wypowiedzi

varia

 

księgarnia

 

in English

 

 

Antygona | Czwarta siostra | Wiry


 

 

Jarosław Iwaszkiewicz

Wiry

 

Czasami idąc ulicami Warszawy marzę sobie: jak by to było dobrze pójść do teatru, normalnie wejść na salę, znaleźć odpowiedni rząd i numer wypisany na bilecie — i żeby w teatrze była zwykła kurtyna z szarego albo żółtego pluszu, i żeby rozległy się trzy dzwonki, aby kurtyna się po trzecim rozsunęła i ukazała jasną scenę, i aby na tej scenie zagrali dramat w trzech aktach w cztery osoby (na miłość boską, bez narratora) i żeby w tym dramacie było jak to powiadał ni mniej ni więcej tylko sam Witkacy: „w pierwszym akcie pokazują co i jak, w drugim zaczyna się wszystko gmatwać, dochodzi do „obszczej rukopasznej schwatki”, a w trzecim wszystko się wyjaśnia”. Kurtyna się zasuwa, oklaski, koniec, kropka, idziemy do „Bristolu” na kolację.

Niestety, nie ma tak dobrze, nie ma teatru z kurtyną, nie ma „ruhkopasznej schwatki” i nikt nie wyjaśnia „co i jak”. Zdany jestem na narratora, filozofię, I jeżeli napiszesz dramat z kurtyną i czterema osobami okrzykną cię zacofańcem i człowiekiem XIX wieku (co, po zastanowieniu, nie jest tak bardzo ostatecznym potępieniem). I inaczej już nie można — tego się od dramaturga czy od pisarza wymaga.

Pisze Janusz Głowacki, (chyba najzdolniejszy z naszych młodych „starych byków”) „wszystko zaczęło się od podszeptów filozofa. To on stale zarzucał mi brak trzeciego, a nawet czwartego metafizycznego wymiaru we wszystkim, co piszę, brak prób poznania tego co nie poznawalne”.

Niewątpliwie większość młodych pisarzy — a i stare dziady tym się trudnią - zajmują się „próbami poznawania tego co niepoznawalne”, a raczej właśnie próbami wyrażania tego co niewyrażalne. Takie są i dwie opowieści Janusza Gowackiego, a raczej ta druga („Paradis”) z której zaczerpnąłem powyższy cytat. Bo pierwsza z tych opowieści („Raport Piłata”) osiąga stosując inne sposoby coś co nazwałbym właśnie wyrażaniem tego co niewyrażalne.

 
Ale na czym polega to staranie młodych pisarzy dania w swoich utworach „trzeciego a nawet czwartego wymiaru”, uprzytomnienia czytelnikowi dziwności istnienia? Jest ta najczęściej staranie jak największego udziwnienia, mnożenia efektów, zagęszczania zdarzeń i przedrzeźniania naszej rzeczywistości.

To Chesterton powiedział, że ludziom jadącym pociągiem do Victoria-Station, mogą do się marzyć różne cuda. A przecież największym cudem jest to, że pociąg rzeczywiście dochodzi do Victoria-Station.

Głowackiemu marzą się właśnie różne cuda. A przecież z jego wielkim talentem, z jego plastyką wyobraźni, z jego konkretnym widzeniem świata, z jego cudownym, giętkim i paradnym materiałem językowym, marzy się, aby stworzył takie opowladanie z kurtyną”, z czterema osobami, w którym wszystko dojeżdżałoby do Victoria-Statlon, a w tym wszystkim mieszkałby „dreszcz metafizyczny” w czystej swojej formie.

Że na takie opowiadanie Janusz Głowacki mógłby się zdobyć, dowodzi pierwsza część jego książki, ów „Raport Piłata”.

Raport policyjny, który jest właściwie pismem świętym „według Judasza”, robi potężne wrażenie przez kontrast oficjalnego stylu „z treścią opisywanych wypadków, które są trawestacją (jeszcze jedną) wypadków, które nadały bieg światu w początkach „naszej ery”. Uzupełnienie tego raportu zapisami na wstędze magnetofonowej osłabia zasadnicze wrażenie noweli, która się kończy nieco jak „rybi ogon”.

 
Ma w sobie jednak tę pierwotną siłę, ten męski pot walki i męki, którego mało jest w naszej literaturze – który to pierwiastek skupia naszą uwagę na wszystkim co pisze Głowacki. Powinien o tym pamiętać i brać więcej odpowiedzialności za swoje słowo.

Sam zresztą na końcu opowiadania „Paradis” dochodzi do takiego przekonania, wyrażając wątpliwość: „...czy filozof miał rację, gdy żądał ode mnie, abym nasycił swoją twórczość metafizyką, skoro życie, takie jakie jest, jest przecież niesłychanie bogate”.

Opowiadanie to kończy się wielkim wirem, w którym .„wszyscy” biorą udział. Literatura polska ma szczęście do takich wirujących zakończeń.

Czasami jest to „ochoczy oberek jak pisał Prokesch, czasem taki taniec wokół imieninowego tortu, jaki kończy „Family Reunion” u Elliota. W tym miejscu zjechałem z literatury polskiej, ale to nic nie szkodzi. W literaturach skandynawskich mamy rnnóstwo przykładów takiej literetury metafizycznej bez udziwniania. Weźmy choćby „Nocne czuwanie” albo „Noc wiosenną” Vesaasa. Myślę, że właśnie Głowacki mógłby się na coś podobnego zdobyć.

Tym bardziej, że taki daje akord końcowy: „Wypadając z wiru pomyślałem, że dzieją się jeszcze dookoła rzeczy, o jakich się filozofowi (temu co namawiał?) nie śniło”.

Nie jest to myśl specjalnie oryginalna, ale bardzo płodna. Z wirówki nonsensu wpadająca w płaszczyznę wielkiego sensu.


(Życie Warszawy)


Antygona | Czwarta siostra | Wiry

 

© 2002-2005 Janusz Głowacki All rights reserved. 

Webhosting & design: InternetPL.US