aktualności

 

twórczość

 

biografia

 

o...

recenzje

wypowiedzi

varia

 

księgarnia

 

in English

 

 

Antygona | Czwarta siostra | Wiry


 

 

Elżbieta Baniewicz

Strach się bać

 

W drugim akcie Czwartej siostry Janusza Głowackiego (myślę o przedstawieniu w warszawskim Teatrze Powszechnym) wykreowana rzeczywistość unosi się w rejony poetyckiego absurdu. Oto Generał (Władysław Kowalski), ojciec trzech córek, siedzi z flaszką wódki pogrążony we wspomnieniach dzieciństwa. Jego ckliwo-brutalna opowieść o wyrzuconym przez okno kocie, z trudem przebija się przez rodzinną awanturę.

Kola (Krzysztof Szczerbiński), przygarnięty przez niego sierota, wysłany do Ameryki, by ułatwić córkom start w lepsze życie, wrócił zaledwie po kilku dniach, z resztką pieniędzy. Tania (Edyta Olszówka), sprzedając swoją suknię ślubną torebkę i zegarek, zainwestowała w jego podróż cały swój majątek, więc trudno się dziwić, że teraz ma ochotę go zamordować. Bije i szarpie chłopca, wyzywa. Jej marzenia o świetlanej przyszłości za oceanem - „Na początek wolę być dobrą kelnerką niż chujową tancerką” - znikają jak wódka w gardle ojca - bezpowrotnie.

 

Tylko dzięki obronie starszych sióstr Kola ma szansę opowiedzieć, dlaczego uciekł z wymarzonego raju. Jego barwnej relacji, przerywanej agresją Tani, uspokajaniem sióstr i pijackim monologiem Generała - od kota zdążył przejść do bohaterskiej młodości i ciała naszpikowanego odłamkami w boju za ojczyznę tak, że gdy jechał na zjazd kombatantów do Berlina na bramce lotniska włączył się alarm - przysłuchuje się kaleka w mundurze weterana z Afganistanu. Ilekroć człowiek bez nóg zaczyna grać na harmonii rzewną melodię, Kola daje znak ręką jak dyrygent, aby jeszcze poczekał; na odpowiedni nastrój? Pozwala mu wreszcie zaśpiewać pieśń o Murce, suce saperce, jako uwerturę do własnych przeżyć odgrywanych na żywo.

 

Oto pojawia się alfons Stiopa (Jacek Braciak) i w amerykańskim burdelu udziela Koli cokolwiek brutalnej lekcji życia. Ponieważ odbywa się ona na łóżku Generała (taki skrót teatralny rodem z Różewicza albo Witkacego), wszyscy biorą w niej udział. Współczują zniewalanemu seksualnie chłopcu, kłócą się z bydlakiem Stiopą dogadują jakby sami byli jej uczestnikami... w Ameryce? Oczywiście, że tylko w teatrze, wszyscy są przecież aktorami. Ich zadaniem jest prawdziwie kłamać, by „służyć za zwierciadło naturze”.

 

Tym samym mieszają się tu, jak zresztą w całej sztuce, czasy, miejsca i konwencje teatralne układając się w gorzką metaforę naszego świata, podszytą czystym absurdem. A przecież powstaje on na naszych oczach z jak najbardziej prawdziwych elementów: bólu, współczucia, grozy, przemocy, wielkich rozczarowań i małych marzeń, bezmyślnego paplania zagadującego duszne sentymenty, a nade wszystko z bezbronności wobec tego, co przynosi bohaterom życie.

 

Genialna scena. Prawda życia jest? Jako żywo. Prawda sztuki? Jak najbardziej. Wyższe uczucia są? I owszem. Skoro towarzyszy im harmoszka kaleki na wózku, to przecież już ani wyższe, ani bardziej „sercoszczypatielnyie” być nie mogą. I śmieszno i straszno. Prawda i absurd, śmiech i groza: awers rewers rzeczywistości. Świat wypadł z form i nie daje się już oswoić żadną ludzką miarą.

 

Zestrojenie w całym przedstawieniu tak różnych wartości emocjonalnych w wielobarwny nurt życia i polifoniczne brzmienie teatru to istny majstersztyk reżyserii Władysława Kowalskiego.

 

Tej klasy przedstawienia oglądamy rzadko. O tym, że jest wybitnym aktorem wiadomo powszechnie, lecz z talentem reżysera raczej się nie zdradzał. Tym większym zaskoczeniem więc i sukcesem wydaje się tak trafne odczytanie bardzo trudnej poetyki Głowackiego.

 

Wbrew wielu pozorom, zwłaszcza masce prześmiewcy, nie jest to autor łatwy, lekki ani przyjemny. Tylko dosyć, jak na nasze przyzwyczajenia, przewrotny. Nie tylko bardzo sprawnie łączy konwencje teatralne - teatr w teatrze z filmem w teatrze, farsę z dramatem, groteskę z prawdziwym wzruszeniem, a komedię z tonem grozy w niepowtarzalny stop dramaturgiczny, ale w te swoje śmieszno-gorzkie utwory wpisuje własną filozofię i wrażliwość na ludzki los. Powiedzieć, że jest współczesnym moralistą nie wypada, brzmi zbyt banalnie, zbyt patetycznie. Choć właśnie niepokój moralny, liryczny, czuły stosunek do ludzi jest pierwotnym impulsem jego „brutalnych” i „cynicznych” ( bo używa brzydkich słów”?) utworów.

 

Jak bardzo jest to pisarstwo świadome swoich celów i środków można zaobserwować już na poziomie doskonałych dialogów. Pisanych różnymi językami, określającymi bardzo precyzyjnie charakter, status społeczny, mentalność postaci itd. Ponadto te dialogi pełne zaskakujących puent, paradoksów wynikających z uważnej obserwacji ludzi, w tzw. żartobliwej formie przekazują dalece niebanalne myśli i sensy moralne. Można także te świadome zabiegi pisarskie śledzić na poziomie konstrukcji całego dramatu - nader wyrafinowanej. Autor adresuje swe sztuki do widza o sporej znajomości kultury, bo jak powiada - „lubię pisać po drugiej stronie już zapisanego tekstu.” „Swiat jest jedną gigantyczną biblioteką. Lubię się odnosić do tego co już napisano: mitów, archetypów, bajek. Nie zauważyłem żeby to komuś przeszkadzało.”

 

Dzieła, symbole, postacie kultury oraz różne konwencje wykorzystuje więc do gry z publicznością. Gry w sensy, drugie dna, ukryte znaczenia, które ujawniają się nie tylko w poszczególnych dialogach, ale przede wszystkim w obrębie całych scen, sekwencji, ich wzajemnego następstwa i zderzania na zasadzie jedności przeciwieństw czy kontrapunktu. Żadna postać, wydarzenie, kwestia nie jest tu przypadkowa. Cała konstrukcja pozwala smakować precyzję szczegółów, dobranych tak, by wzmacniały jej uniwersalne sensy. Poszczególne, jednostkowe zostaje podniesione do ogólnego. Sztuka zaś jest napisana z taką znajomością praw teatru, że wszystkie znaczenia wychodzą ze sceny, to znaczy rodzą się organicznie z działań aktorów. Zwielokrotnione lustrzanym odbiciem teatru, pokazują człowieka w powiększeniu, w wieloznacznej rzeczywistości życia i kultury.

 

Czwarta siostra nie jest to „wariacja na temat znanej sztuki Antoniego Czechowa o siostrach Prozorow”, ani „inteligentny pastisz”, ani „trawestacja czechowowskiego świata obrazująca postkomunistyczną melancholię” - jak piszą z uporem godnym lepszej sprawy, recenzenci. A czy pisząc Antygonę w Nowym Jorku czy sztukę Fortynbras się upił Głowacki trawestował albo pastiszował Sofoklesa czy Szekspira, albo obrazował grecką czy angielską rzeczywistość? Czysty nonsens przecież.

 

Czechow, owszem, w tej sztuce istnieje, ale jako pewien punkt odniesienia, aluzja czy ironiczny cudzysłów. Nie wobec fabuły - mimo trzech kobiet spragnionych uczucia mało przypomina ona oryginał - lecz świata wartości. Sto lat temu miłość, honor, bezinteresowna wierność zasadom i służba społecznym ideałom, wyznaczające status inteligentów, miały swe konkretne znaczenie. Współczesny człowiek spada we wszystkich kierunkach - jak już dawno napisał Różewicz - a dno moralne, na które można było spaść, znikło, rozpłynęło się w niebycie. Żaden skandal nie jest już prawdziwym skandalem, może być tylko bardziej lub mniej medialny. Nadzieje na lepszy świat, które mądry lekarz dzielił ze współczesnym mu pokoleniem rosyjskich inteligentów, społeczników, a także rewolucjonistów, jeśli się spełniły, to raczej pokracznie. Historia mijającego wieku dostarcza wystarczających dowodów, że wartości o jakie walczyli słowem i czynem pogubiły się, albo zamieniły w swe przeciwieństwo.

 

Na podobnej zasadzie cytatu czy aluzji istnieje w tej sztuce stara, chińska bajka o Kopciuszku, przerobiona przez Braci Grimm, stanowiąca jeden z ważniejszych mitów europejskiej, a dziś światowej kultury. Przygarnięty sierota, Kola, darmowe popychadło do najgorszych posług, w wyniku zbiegu osobliwych okoliczności staje się gwiazdą oraz milionerem. Kopciuszek - jak w oryginalnej bajce, Kola zakłada buty, które nie pasują na prawowite córki „dobroczyńcy” - przemienia się w królewnę. Niejako podwójnie: w planie życia i w planie sztuki. Po raz pierwszy ta nieoczekiwana zamiana ról dokonuje się, gdy przebrany za dziewczynę, towarzyszy reżyserowi w ceremonii odbierania Oskara za udział w filmie dokumentalnym Dzieci Moskwy”. Wystąpił jako młodociana prostytutka, „która przeszła przez piekło” i „zdecydowała się opowiedzieć przed kamerą całą prawdę” - wedle słów laureata. Oszustwo! - Amerykanie płacili sześćset dolarów za dzień zdjęciowy, więc opowiedział „pięknie i smutno”, „żeby się w Nowym Jorku popłakali” historię całkowicie nieprawdziwą aczkolwiek złożoną z rzeczywistych elementów -zaprowadziło go, na szczyty sławy i sukcesu w Hollywoodzie.

 

Narzuca się tu analogia z Kopciuchem, wcześniejszą sztuką Głowackiego również obnażającą mechanizmy manipulacji w życiu i sztuce, tyle że na znacznie mniejszą skalę. Tam, reżyser kręcąc film o dziewczynach z poprawczaka, walczył o nagrodę w Oberhausen. Z tej analogii wynika wniosek, że uczciwość nic popłaca nigdzie, choć żyjąc w obłudnym socjaliżmie mieliśmy złudzenia, że w świecie za żelazną kurtyną jest inaczej. Głowacki, mieszka w Stanach od dawna, widzi oba światy jasno i bez zachwycenia.

 

Drugi raz Kopciuszek przemienia się w królewnę - można powiedzieć - „uczciwie”. Wysłany ponownie do Ameryki, trafił jako Sonia Oniszczenko (skorzystał ze swej wizy wielokrotnej ponownie), jak dziesiątki Rosjanek, do burdelu. Dla filmu mógł zostać prostytutką ale w życiu nie chciał. Pobił alfonsa i uciekł, z przypadkiem zamienioną walizką gangstera oraz właściciela tegoż domu publicznego. Nota bene wuja, brata Generała, do którego pojechał żeby się zaczepić w Ameryce. Wylądował w Moskwie całkiem nieoczekiwanie jako milioner. Więc teraz Kola, to już nie biedny kopciuszek do posług, lecz biznesmen - Jakub Iwanowicz. Przed jego forsą jak przed ołtarzem klękają wszyscy. Nie liczy się skąd pochodzi, ważne, że jest w dużych ilościach. Nawet harmonista zapomina, że nie ma nóg, wstaje i biegnie zobaczyć blask bijący z walizki, po czym wraca na swój wózek Pieniądz czyni cuda...

 

Kult złotego cielca skutecznie wyparł, lub zast~jJił religie, ideologie i elementarne wartości, zwłaszcza, że wspierają go wszechwładne media, poddane prawom komercji. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze. Stały się najpotężniejszym żywiołem współczesnego świata, wynoszą na szczyty powodzenia, sławy, władzy; ich działaniu mało kto jest w stanie się oprzeć. Money makes world go around - śpiewała proroczo Liza Mmdli w Kabarecie. Stan konta decyduje o losie człowieka, jak kiedyś przywilej dobrego urodzenia. Kopciuszek przemieniony w królewnę, to tyle co pucybut w milionera - ten główny, niezniszczalny mit Ameryki stał się mitem uniwersalnym. Rozgrywa się tylko w coraz to innej scenografii, z coraz to bardziej egzotyczymi bohaterami w rolach głównych. U Janusza Głowackiego są akurat mieszkańcy Moskwy, lecz Czwarta siostra nie jest sztuką o Rosji, na pewno nie tylko o niej. „Może kiedyś było okrutniej na świecie, ale głupiej na pewno nie.” - zauważa przytomnie Wiera, najstarsza z bohaterek. A gdzież głupota jest bardziej malownicza, frustracje społeczne bardziej bolesne, a zbrodnie bardziej cyniczne niż w rozpadającym się na naszych oczach imperium, obejmującym jedenaście stref czasowych. To kwestia skali W Rosji, kraju wcielającym przez kilkadziesiąt lat ideę równości i sprawiedliwości społecznej, mit przemiany Kopciuszka realizuje się wyjątkowo dynamicznie. Królowie życia, tzw. nowi ruscy w luksusowych limuzynach mnożą się tam równie błyskawicznie, jak korupcja, mafiozi i biedacy. Zaskakują swoją fantazją i upodobaniem bizantyjskiego przepychu nawet zachodnich milionerów, na których fortuny pracowało wiele pokoleń. Skoro pod koniec tysiąclecia historia podarowała takie pole obserwacji, trudno mieć pretensje do autora, że ogląda wynaturzenia i konwulsje współczesnego świata tam, gdzie są one najjaskrawsze.

 

W stołecznej Moskwie mentalność mieszkańców globalnej wioski karmionych tą samą medialną papką polityki, przemocy i seksu, lśni pełnym blaskiem pomieszania z poplątaniem. Nic tak dobrze nie pokazuje zjawiska jak reakcje nuworyszy. Doprawdy, Tania, która pięć dni przepłakała po śmierci Diany i Dodiego, a już dla ofiar z Kosowa zabrakło jej serca, niewiele się różni od milionów swych rówieśniczek na całym świecie. Tak samo, tylko naiwniej, marzy o ciuchach od Versace i Armaniego oraz mężczyznie w sportowym BMW, z dużą ilością forsy żeby ją zawiózł na Karaiby, gdzie wszystko jest kolorowe - woda, i węże, i palmy - jak oglądała w telewizji.

 

Podobnie jak młode dziewczyny na świecie ogląda Titanica i śni o wielkiej miłości. Takiej jaka spotkała bohaterkę Pretty woman, prostututkę o dobrym sercu, w wykonaniu Julii Roberts. Fakt, że nie wzięła forsy za swoje usługi wzbudził miłość nieszczęśliwego milionera, który ją pojął za żoną. Kurwa przemieniona w damę, to przecież nic innego jak kolejny wariant bajki o Kopciuszku. Żywi masową wyobraźnię nader skutecznie, nawet jeśli podstawy moralne szczęścia są podejrzane, nikomu to nie przeszkadza. Przeciwnie, to wzór sukcesu godny naśladowania.

 

Sto lat temu, za czasów Czechowa, kobiety upadłe udawały dziewice, dziś dziewice udają prostytutki. Tak się porobiło i zgodnie z duchem czasów Tania wciela tę zasadę brawurowo w czyn. Jakkolwiek w jej sytuacji - żyje w biedzie, siostra kradnie mięso tygrysowi, żeby miały co jeść - marzenia wydają się nierealne, to jednak spełniają się. Przeżywa wspaniałą miłość i dzięki ukochanemu Kostii ociera się o wielki świat. Bywa w klubach z muzyką techno i akwariami, pija whisky Ballantine, dostaje ślubną sukienką od Versace, zegarek. I nie zaprząta sobie głowy faktem, że jej „książę z bajki” zdobywa pieniądze na handlu narkotykami i czołgami. Wojna w Jugosławii, albo w Czeczenii, dla takich jak on, to niezły interes, zawsze można przegrać jakąś bitwą i „zarobione” na niej maszyny sprzedać Arabom, albo komukolwiek. Chętnie też wierzy, że jej Kostia ginie „przez pomyłkę” z rąk mafiozów. Przynajmniej trumnę będzie miał kryształową.

 

Obraz Chagalla ukazujący chłopca, bez buta i skarpetki, wiszącego do góry nogami, przypomina Tani jej własne życie. Katia, jej starsza siostra, ujmuje rzecz z szerszej perspektywy:

„Bo mnie się zdaje, że cała Rosja wisi teraz do góry nogami w powietrzu. A my razem z nią I chodzi o to, czy wszyscy spadniemy na pysk i wybijemy sobie zęby. Czy może jest jakaś nadzieja?”

 

Jeśli sądzić po losie bohaterek - raczej marna. Ślepo zakochana w deputowanym do dumy, Juriju, Wiera zostaje sama z dzieckiem. Jej humanistyczne wykształcenie nie przeszkodziło zobaczyć w nim totalnego chama, tudzież karierowicza nacjonalisty, ale być może zdecydowało o tym, że nie usunęła ciąży. Zawsze odgradzała się od okropności świata literaturą więc teraz czyta namiętnie, żeby przynajmniej dziecko było inteligentne i miało lepsze życie. Katia choć dorosła i nie powina mieć złudzeń - skończyła prawo, ale pracuje w cyrku - także pozwoliła sobie na marzenia. Zakochała się w amerykańskim dokumentaliście i ułatwiła mu zdobycie Oskara, ale też została porzucona. Można powiedzieć, że mądrością życiową i sprytem obie nie grzeszą intencje przynajmniej miały bezinteresowne. W każdym razie pozostały im czyste ręce i czyste sumienia. Spotyka je za to nagroda - panowie rozwodzą się z żonami, i pojawiają się jeden z kwiatami, drugi ze słynną statuetką co wróży sielankę. Nierzeczywistą jak to w bajce. Prawdziwy świat je pochłonie, nie potrzebuje ani ich dobroci, ani uczuć, ani wartości o jakie walczą lecz sukcesu. Tylko potem nie wiadomo dlaczego ludzie sukcesu tak licznie cierpią na depresję.

 

Tylko tato Generał wciąż dopytując się, czy nie ma aby „sprawiedliwej wojny”, gdzie mógłby się wykazać, pozostał wierny swym ideałom. Mocarstwowym oczywiście. Wprawdzie to on wygłasza czechowowskie sentencje - „Człowiek się rodzi i myśli, że Bóg wie, czego dokona. I nagle patrzy a tu już siódma.”, zadaje pytania - „Kto tu rządzi? Gdzie są pieniądze? Jak się to skończy? oraz Jak żyć?”, ale niewątpliwie należy do najbardziej rozczarowanych nową rzeczywistością. Jak całej armii Rosjan przekonywanych przez kilkadziesiąt lat o wielkości i potędze swego kraju, odznaczanych orderami, bardzo mu trudno pogodzić się z myślą że ZSRR wygrał wojnę, a przegrał pokój. Jego pokolenie już nie odnajdzie się w realiach demokracji, jeśli w ogóle to będą realia, ani w peletonie beneficjentów nowego. Podzieli los ludzi zbędnych, nie brak ich także w krajach pozostających w orbicie wpływów byłego imperium, produkując gorycz zawiedzionych nadziei. Łatwą pożywkę nacjonalizmów i populizmu dla polityków pokroju niedoszłego zięcia - Jurija.

Ta zaś, z lokalnej może się przerodzić w gorycz ogólną. Współczesny świat - banał, ale to prawda - jest systemem naczyń połączonych. Upadek rosyjskiego imperium zagraża wszystkim nie tylko dlatego, że jego politycy dysponują bronią atomową. Zagraża, ponieważ świat zachodu stracił pewien punkt odniesienia, by nie powiedzieć tożsamość budowaną na negacji radzieckiego systemu. Na pewno zaś stracił lustro, w którym wydawał się ładniejszy niż jest naprawdę. „W tej Ameryce taki sam burdel jak i u nas.” - mówi Wiera, co znaczy ni mniej ni więcej, że totalna wioska w jakiej żyjemy, nie ma już żadnej stolicy, do której można byłoby uciec, znaleźć lepsze życie.

 

Dla bohaterek Czechowa takim miejscem była Moskwa, bo sto lat temu istniało centrum i prowincja. Siostry Głowackiego wierzyły Singerowi, który napisał - „zmiana adresu to zmiana przeznaczenia” - ale tylko przez chwilę. Przygody Koli, zarówno w świecie kultury jak i w życiu, przekonały je, że Ameryka nie jest adresem szczęścia. Nie ma wizy do lepszego świata, świat jest taki sam pod każdą szerokością geograficzną.

 

Od człowieka zależy, jak, wedle jakich wartości go sobie urządzi. Kola jako dziecko już sobie przysiągł: „jak zostanę biznesmenem, to nie będę myślał tylko o pieniądzach. Ale będę dopuszczał wyższe uczucia.” Takie jak u Czechowa? Czy takie jakie proponują nam wszechwładne media? Córeczka Wiery, Nadzieja, rodzi się z kałaszem i zabija wszystkich z wyjątkiem Babuszki w kuloodpornej kamizelce, po czym idzie do domu poprawczego dla niemowlaków, ale z umową na napisanie i sfilmowanie swojej powieści. Nowe życie dawało zawsze nadzieję. Tu jej nie widac. Autor, jak na ironistę przystało, zbytnim optymistą nie jest. Strach się bac.

 

Nie jest przypadkiem, że klamrą kompozycyjną sztuki jest największy światowy show, czyli przyznawanie Oskara w Hollywood. Powtarzane na początku każdego z dwóch aktów, ale za każdym razem z innej perspektywy - medialnego blichtru i prawdy, sukcesu i jego ceny moralnej. Czas i przestrzeń tej sztuki zamyka się koliście, dzieje się ona teraz i wszędzie. Czy rzeczywistość finału jest tylko wirtualnym żartem, czy też przeczuciem czegoś co wisi w powietrzu. Przestępcy są coraz młodsi i coraz brutalniejsi. Wychowani w świecie komputewrów życie traktują jak grę, gdzie śmierć można zresetować. A zabijają naprawdę i stają się sensacją, bohaterami wiadomości. Przed nieograniczoną potęgą multimediów ucieczki nie widać; informacja to władza, a władza to forsa, błędne koło.

 

W przedstawieniu wyreżyserowanym przez Agnieszkę Glińską w Teatrze Polskim we Wrocławiu zakończenie wydaje się nazbyt groteskowe, a nawet niepotrzebne. W warszawskim odbieramy je jak organiczny finał metaforycznej całości. Oprócz opisywanej wyżej sceny, puentujący choćby irracjonalne biegania Babuszki (Elżbieta Kępińska) do okna sąsiadów, aby pochwycić syneczka, którego bandyci wyrzucili z okna piętro wyżej i innych, równie pięknych działań aktorskich.

 

Glińska nieco inaczej rozłożyła akcenty, przede wszystkim skreśliła postać harmonisty, czyli niezbędny moim zdaniem ton liryzmu, nadający sztuce poetycką wieloznaczność. Jej spektakl jest bardziej „realistyczny”, a przynajmniej bardziej serio. Częściej wieje tam grozą niż absurdem, zwłaszcza gdy pojawiają się mafiozi, co tylko dowodzi, że tekst daje różne możliwości i materiał na dobry spektakl.

W obu przedstawieniach najlepszą rolą jest Tania. Zarówno młodziutka, debiutująca właściwie Aleksandra Popławska jak i bardziej świadoma środków Edyta Olszówka włożyły cała swą energię, wyobraźnię w postać niedoszłej tancerki, walczącej wszystkimi sposobami o zmianę swego losu.

 

Naprawdę nie umiem powiedzieć‚ która z nich była lepsza, obie niesłychanie żywiołowe, młodzieńczo naiwne i gdy trzeba liryczne. Jakby się unosiły nad ziemią jak chłopiec Chagalla, O którym często mówią. Podobnie z Katią i Wierą zarówno Kinga Preiss i Jolanta Zalewska we Wrocławiu jak Anna Moskal i Katarzyna Herman w Warszawie pokazały swe bohaterki z czułością zrozumieniem jak też ironią. Zdecydowanie natomiast wyróżniłabym Piotra Machalicę jako Jurija, zagrał bowiem kwintesencję palanctwa, tak jakby w swej roli zebrał najbardziej obnażające fałszywą moralność gesty polityków. Stworzył odrażający, syntetyczny portret przedstawicieli nowej elity, jaką w nieustającym serialu pokazują programy telewizyjne.

 

Powstała wybitna sztuka współczesna, czy teatr może chcieć więcej?

Elżbieta Baniewicz – „Twórczość”

 


Antygona | Czwarta siostra | Wiry

 

© 2002-2005 Janusz Głowacki All rights reserved. 

Webhosting & design: InternetPL.US