aktualności

 

twórczość

 

biografia

 

o...

recenzje

wypowiedzi

varia

 

księgarnia

 

in English

 

 

Antygona | Czwarta siostra | Wiry


 

 

Jan Kott

Antigone powiesiła się w Tompkins Square Park

 

Tompkins Square Park jest na Dolnym Manhattanie. Przed dwoma laty prowadziłem tam czasem na spacer moją małą wnuczkę. Rodzice jej mieszkali przy Siódmej Ulicy w pobliżu Pierwszej Alei. Tompkins Square Park jest o trzy przecznice dalej na wschód. Można tam łatwo dojść spacerkiem ciągnąc wózek z dzieckiem. Czasem towarzyszył nam Janusz. Mało kto nazywa go teraz „Głowa”, tylko jego dawni znajomi z Krakowskiego Przedmieścia. Głowacki mieszkał wtedy także w tym samym domu przy Siódmej Ulicy.

 

W parku na Tompkins jest wydzielona zagroda dla dzieci, w niej zjeżdżalnia, huśtawki i piaskownica. Ale piasek w niej brudny. Tompkins nie jest ładnym parkiem. Nawet trudno go nazwać parkiem. Więcej tam gołej ziemi niż trawy. Drzewa mają obłamane gałęzie i są niemal bez liści, wyglądają jak strachy na wróble. Ale wróble rzadko tam zachodzą, bo nie znajdą nawet okruchów. Leżą tylko wszędzie porwane gazety i szmaty. Butelki i puszki są od samego rana pozbierane, można je sprzedać za parę centów. Na ławkach, jeżeli trochę słońca, śpią homlesi. „Bezdomni” w naszym jeszcze żeromskim podaniu mają obrzeże symbolu. Homlesi śmierdzą i nie mają gdzie pójść. W tym parku o wydartej zieleni okupują nie tylko ławki. Na drewnianej estradzie, a może była to scena, z której odpadły ściany, osiedliło się plemię homlesów: mężczyźni i młode kobiety, dzieci i starcy. Śpią, gotują, jedzą, przewijają niemowlęta, chorują i umierają na tym najbardziej publicznym ze wszystkich teatrów. Ale nie opisze ich już żaden Leyi-Strauss. Już chyba rok, jak wygnano homlesów i ze szczątków tego parku.

W dół i w górę od Siódmej Ulicy była długo jedna z najtańszych dzielnic Manhattanu. Zaludniona przez emigrantów, i to głównie ze wschodniej Europy: Ukraińcy, Polacy, trochę ubogich orientałów. Jeszcze dziś są tam restauracje „Jolanta”, „Teresa”, „Danuta”. Można w nich dostać znakomite ruskie pierogi za parę dolarów. Jarzynami i kwiatami handlują Koreańczycy. Ale właśnie przed rokiem cała dzielnica zaczęła ulegać „gentryfikacji”. Bardzo dziwne słowo, znaczy mniej więcej to samo, co operacja kosmetyczna:

4ft, poprawienie nosa albo choć usunięcie wągrów. Pomalowano parę fasad, podreperowano parę ruder, otwarto dwa nowe butiki i jeden sklep porno. Dwa ciemne szynki, jak przed wojną w Świdrze, gdzie można było upić się tanio, zamieniły się w puby. Ceny mieszkań skoczyły w górę, z miesiąca na miesiąc podrożały czynsze. Homlesów pędzą z elegantszych dzielnic. W ramach tej „gentryfikacji” któregoś dnia o świcie policjanci wypędzili homlesów. Park otoczono siatką z drutu wysoką na sześć stóp. Na bramie tego parku powiesiła się Antygona Głowackiego.

Antygona jest oczywiście z Sofoklesa. Jak tamta, chce wyprawić pogrzeb trupowi. Pochować go po bożemu, z dwiema świecami i stypą z kawałka sera umaczanego w miodzie. Ale trup został ukradziony albo raczej zabrany przez ambulans i wywieziony „na morgę”, jak wszystkie nie zidentyfikowane trupy w Nowym Jorku. Wrzuca się je potem do wspólnego dołu pod więzieniem. Ta nowa, trzydziestopięcioletnia Antygona z Portoryko chce wykraść trupa i pogrzebać go w Tompkins Square Park.

Obok portorykańskiej Antygony i trupa, który także na scenie, jest jeszcze dwóch homlesów: Pchełka i Sasza, warszawski cwaniaczek i Żyd z Petersburga. „Byli ludzie”, na dnie, jak u Gorkiego. Ale scena nie jest „piwnicą przypominającą jaskinię”, lecz ławką wśród krzaków Tompkins Square Park. Obok drzewo bez liści. Jaki to teatr? Ta ławka to jedyny adres, ostatnie miejsce w Nowym Jorku, jakie im zostało. Są tu od pięciu lat, może nawet i dłużej, sami już nie pamiętają. Są ze sobą, Pchełka kurczowo trzyma się Saszy, brzydzą się sobą, jak własną skórą w robactwie, ale jak można odejść z własnej skóry? Odchodzą i nie mogą odejść. Bo gdzie?

Po mojej maszynie chodzi w tej chwili mała mrówka, tam i z powrotem, i nie może odejść. Zgubiła ślad na powrót. Mała Pchła z Warszawy i Sasza, który kiedyś był, ale już wszystko jedno czym był, bo mu się teraz trzęsą ręce. Czekają. Na jakąś Jolę, która przyjedzie, albo na wizę. I trzyma ich, że rozpamiętują swoje Godoty i z nich szydzą.

 

Bez Becketta nie byłoby tych dwóch homlesów. Ale ważne, że odnalazł ich Głowacki na tej ławce w Tompkins Square Park na Dolnym Manhattanie. Dał im adres. Nie jest ważne, skąd ziarno, ale jaki chleb. Nie byłoby Balladyny bez Makbeta i Snu nocy letniej. Przyrównanie jest na wyrost, ale tak właśnie trzeba.

Czeka się zawsze. Nigdzie i wszędzie. Geniuszem teatralnym Becketta jest ukazanie sytuacji powszechnych. Pod drzewem bez liści albo na piaskowej wydmie. Estragonowi i Vladimirowi z Czekając na Godota śmierdzą nogi i rozmyślają, który z łotrów został zbawiony, ten po lewej, czy ten po prawej stronie Ukrzyżowanego. Czekają i siusiają. U Głowackiego rozmawiają o srebrnikach Judasza i także siusiają.

Raz jeszcze nieważny zaczyn, ale wypiek. Bez Czekając na Godota nie byłoby i Emigrantów Mrożka. Ci dwaj tam także są skazani na siebie, bo nie mają gdzie wrócić. Mrożek odnalazł ich w jakiejś ruderze za którymś z dworców berlińskich. Głowacki na tej ławce w Tompkins. Odkryciem dramatycznym jest czasem tylko nowy adres, właśnie ta ławka i nowe sprzężenie: Na dnie Gorkiego na ławce. Raz jeszcze: nie obyłoby się bez Becketta.

Nie przestaje mnie zdumiewać, że do nowego realizmu (światły Ket Puzyna powiedziałby może: do dojrzałego naturalizmu) prowadzi dramatyczna droga od tego, co może i zbyt pochopnie nazywaliśmy teatrem absurdu. Bo tylko w tej właśnie dykcji da się opowiedzieć walący się na nasze głowy świat. Tej poetyce absurdu zdrowo pomogła historia. I to nie tylko u nas; w obie strony za Odrą i Bugiem. Czekając na Godota Beckett nazwał tragikomedią. My ją poznaliśmy na własnej skórze.

Antygona z Dolnego Manhattanu dała dwóm z ławki niepełne dwadzieścia dolców, żeby sprowadzili nieboszczyka z nadbrzeża na Bronxie. Tam czekają w trumnach zbitych z desek na transport. Trumien na scenie jest dziesięć. Odbijali po kolei wieka, aż znaleźli podobnego. Ale Sasza miał złamane okulary, Pchełka atak epilepsji. I przywieźli innego trupa. Także miał brodę i Antygona nie poznała, kogo zakopali wspólnie pod ławką. Ale policja dowiedziała się, że zniknął z „morgi” jeden trup. Zaczęła szukać i znalazła na samym Manhattanie sześciu nieboszczyków. Rzecz zwykła w Nowym Jorku. Głowacki jest nie pobity w wymyślaniu absurdu. Ale Nowy Jork bije wszystkie absurdy. La rćalitć dćpasse lafiction.

Sasza miał jeszcze na początku emigracji żonę. Kupił jej komputer, bo przepisywała dla amerykańskiego profesora. Została z profesorem i z komputerem. Profesor dowiódł, że Szekspir był kobietą. Wzbudziło to chóry zachwytów. Co za odwaga! Co za inwencja! Ale na uroczystą akademię dla uczczenia wielkiego odkrycia przyszedł niespodziewanie Szekspir i dał kopniaka uczonemu. Pięknie wymyślone. Ale żeby wymyślone przez polską Głowę... Rok temu najpoważniejsze tygodniki pisały, że profesor z Yale odkrył, iż najstarszą część Biblii napisała kobieta. Z książęcego rodu na dworze Salomona. Ale trzeba przyznać, że ogłosił to odkrycie znakomity hebraista i dekonstruolog. Biedni absurdaliści! Co wymyślą, już się stało.

Tragikomedia nie przestaje być okrutna. Czasem bardziej okrutna od tragedii. Antygona z Manhattanu zanim się powiesiła na bramie okratowanego parku, została zgwałcona. Na scenie, ale za krzakami. Słychać jej krzyk, póki jej nie wsadzą knebla w usta. W parku zostaną tylko, ciągle na tej samej ławce, ci dwaj, którzy byli tam od lat, od początku. Już bez Antygony.

Vladimir: — To co, idziemy?



Estragon: — Chodźmy.



Nie ruszają się.



Ale nie zostaną. Bo policja zamknie park dla homlesów. Jest jeszcze u Głowackiego czwarta postać: Policjant. Wygłasza komentarze, prolog I epilog. Jak Chór w greckiej tragedii, jest Miastem. Głosem Miasta.

W zakończeniu Policjant zwraca się wprost do widowni: „I jeszcze jedna sprawa, która może Państwa zainteresować. Według ostatnich danych liczba homlesów w Nowym Jorku zwiększa się. I w końcu tego roku na każdych trzystu nowojorczyków przypadać będzie jeden bezdomny. To by znaczyło, że dzisiaj w teatrze jest co najmniej jedna osoba, która niedługo znajdzie się na ulicy. I ta osoba dobrze wie, o kim mówię. (Z uśmiechem): Życzę Państwu miłego wieczoru.

Jeszcze w ostatnich chwilach akcji, tuż przed jej gorzkim rozwiązaniem, Sasza i Antygona chcą zacząć wspólne życie. Dostać wizy, wyjechać. Bo stąd, jak mówi Sasza, „wyrzuciliby nas po tygodniu”. Nas? Ta sponiewierana przez życie portorykańska Antygona po raz pierwszy od lat usłyszała to słowo „nas”. Rzuciła się nagle „swojemu” Saszy na szyję.

Pytał mnie wielki amerykański socjolog, jacy są bohaterowie sztuki Głowackiego? Stryjkowski, kiedy go pytano, ile sobie liczy lat, odpowiadał: „Tyle, co wszyscy”. Jacy więc oni są? Tacy, jak my wszyscy. Zobaczyłem niespodziewanie serce Janusza.

Stary jestem, mało piszę, już niedługo mi także na wspólną „morgę”. Muszę się śpieszyć z sądami. Za trzy najważniejsze polskie sztuki ostatniego dwudziestopięciolecia uważam: Emigrantów Mrożka, Do piachu Różewicza I Antygonę w Nowym Jorku Głowackiego. Kropka!

 
Kamienny Potok, lipiec 1992

 


Antygona | Czwarta siostra | Wiry

 

© 2002-2005 Janusz Głowacki All rights reserved. 

Webhosting & design: InternetPL.US